Już było zapisane, że ja muszę grać – Jan Budziaszek

Opublikowane przez Redaktor, 27.08.2014 r. o godz. 14:27     [aktualizacja: 4.07.2018 r. o godz. 08:00]

Już było zapisane, że ja muszę grać – Jan Budziaszek

Usłyszałem kiedyś takie słowa: „U Pana Boga już było zapisane, zanim się urodziłem na tej planecie, że ja muszę grać”. Te słowa wypowiedział człowiek, który od początku chciał i miał zapał do gry, do tego, aby zostać muzykiem i to wbrew woli swego ojca. Jan Budziaszek, bo o nim jest mowa to człowiek z ogromnym talentem i niesamowitym entuzjazmem życiowym. Dla niego nie ma rzeczy niemożliwych. Można by rzec – człowiek szalony, ale to jego szaleństwo ukazuje jego pozytywne cechy. Uporczywie dąży do celów, angażuje się w niesamowicie wiele spraw społecznych, religijnych i ma dar do tego, aby sprostać nawet najbardziej szalonemu i niewiarygodnemu pomysłowi.

Za każdą piątkę w szkole (teraz byłaby to szóstka) dostawał od rodziców też piątkę, ale tą pieniężną. Z tych monet uzbierała się kwota, za którą kupił sobie gitarę. Uczył się również na akordeonie by w końcu zostać perkusistą. Do Pałacu Młodzieży do którego uczęszczał na naukę gry na różnych instrumentach chodził również Andrzej Zieliński – późniejszy twórca zespołu Skaldowie. Tak to się zaczęło. Od roku 1965 jest związany z tym zespołem. W swojej drodze artystycznej grał z Jarosławem Śmietaną, a także w grupie Extra Ball i w Kwartecie Tomasza Stańki. Współpracował z Marylą Rodowicz i grupą Pod Budą. Uczestniczył w wielu festiwalach muzycznych, jest autorem wielu książek i świeckim rekolekcjonistą.

Kolejny etap w jego życiu – pomijając wiele rzeczy, które w mniejszym czy większym stopniu oddziaływały na niego i jego otoczenie uwadze należy poświęcić fakt zorganizowania niesamowitego koncertu „Jednego serca, jednego ducha”, który co roku odbywa się w Rzeszowie na Boże Ciało. Jan Budziaszek – człowiek o niesamowitej wierze czyni cuda na tej ziemi w postaci zarażania młodych ludzi Bogiem. Człowiek, który nie boi się publicznie wyznawać Chrystusa. Prawdziwość jego słów przeszywa najtwardsze serca, które z roku na rok przychodzą na koncert, a nawet przyjeżdżają z dalekich stron nie tylko z Polski i modlą się śpiewając razem z całym chórem i orkiestrą na scenie.

Dla Jana Budziaszka jest ważne to, aby choć jedno serce i jedna dusza była poruszona każdego dnia. Żeby jedno serce było miłością dla drugiego serca i żeby jedna dusza była miłością dla drugiej duszy – często samotnej, smutnej i zagubionej. Tę siłę do działania czerpie chyba od samej Matki Bożej, którą kocha i wyznaje. Jak sam mówi – „być może, że ja uciekam od Maryji, ale bezskutecznie”.

RRz

Dodaj komentarz