Mało mieć, dużo przeżywać – przepis na życie od Barbary Prymakowskiej

Opublikowane przez Krzysztof, 26.01.2021 r. o godz. 18:08

Barbara prymakowska bieganie

Mało mieć, dużo przeżywać – przepis na życie od Barbary Prymakowskiej

O sekrecie szczęśliwej rodziny i udanego życia opowiada Barbara Prymakowska – najszybsza babcia świata, wielokrotna mistrzyni Polski seniorów i zdobywczyni Korony Maratonów Ziemi, która w wieku 78 lat wciąż zawstydza młodych swoją kondycją i sportową pasją. 

 

 

 

Barbara prymakowska bieganieMój Rzeszów: Jest pani absolwentką AWF-u, podobnie jak pani mąż. Oboje prowadzicie bardzo aktywne, pełne sukcesów sportowe życie. Czy państwa dzieci i wnuki także kochają aktywność fizyczną?

 

 

Barbara Prymakowska: Ponieważ oboje jesteśmy sportowcami, nasze córki miały ciągły kontakt ze sportem. Nie zmuszaliśmy ich, ale staraliśmy się zainteresować każdą dyscypliną, którą uprawialiśmy, szczególnie narciarstwem, bo to nasz rodzinny sport. Jedna córka jest lekarzem, druga architektem, obie są bardzo aktywne. Starsza, oprócz narciarstwa, jeździ też konno na zawodach w różnych krajach. Kiedy zaczynał się covid, ona wracała z Omanu, bo tam organizowane są obozy.

 

 

 

A czy wnuki także podzielają pasję sportową?

 

 

Z nimi jest tak samo. Od najmłodszych lat były na nas skazane. Rodzice nie płacić nawet złotówki na instruktorów, bo dziadkowie uczyli wszystkiego. Mam dwóch wnuków i ich nauczyliśmy pływania, narciarstwa, łyżwiarstwa… Wnuczka z kolei lubiła jazdę konną. Warto dodać, że moje wnuki mają już po trzydzieści lat, więc nie są maluchami, natomiast mamy doskonałe stosunki. Ta więź z nimi to coś wspaniałego. Jak to się mówi: warto mieć dzieci chociażby po to, by mieć wnuki – i to jest prawda. Rodzice są głównie od wychowywania, a dziadkowie wcale nie od rozpieszczania. Oni mają doświadczenie życiowe i wiedzą, czego dziecko potrzebuje, a czego mu nie trzeba. Więź między nami a wnukami jest silna i z tego powodu ja i mąż jesteśmy bardzo szczęśliwi.

 

 

 

Barbara prymakowska bieganie

Z medalem Korony Maratonów Świata

Wspólne uprawianie sportu wpływa na budowanie dobrych relacji?

 

 

Bardzo. Nasze dzieci czasami nie miały urlopów przez całe wakacje, więc mąż i ja przejmowaliśmy stery i ciągaliśmy wnuki wszędzie tam, gdzie sami się wybieraliśmy: czy na narty za granicę, czy nad ciepłą wodę. Nie był to wtedy czas spokojnego wypoczynku. Po okresie wspólnych wakacji wnuki pojechały raz na obozy bez nas, a my gdzieś wypoczywaliśmy; mąż aż powiedział do mnie wtedy: „Ale wolność!”, bo już nie musieliśmy cięgle pilnować wnuków. Nie mówię, że coś przez to straciliśmy, ale wiele im daliśmy. Nauczyliśmy ich kochać sport. Kiedyś będą mieli to po nas w spadku. Do tego sport to szkoła charakteru. Mnie osobiście nauczył eliminowania egoizmu, bo ma go każdy człowiek. Dał mi też chart ducha i ciała, systematyczność, zdyscyplinowanie, przyjaźnie w grupie, umiejętność poznawania się. Tego samego doświadczały nasze wnuki i dzieci.

 

 

A jaki jest przepis na trwałe, szczęśliwe małżeństwo?

 

 

Oficjalnie jesteśmy razem 57 lat, wcześniej cztery lata narzeczeństwa, to razem daje ponad sześćdziesiąt. Jestem szczęśliwa z moim mężem. Zawsze śmieję się, że małżeństwo to najbardziej ekstremalny sport. Nie ma związków idealnych, w których jest sama słodycz. Czasem idzie po gruzie i to jest normalne, ale jeśli jest miłość i szacunek, wszystko się przeobraża. I po latach to jest najważniejsze: miłość, szacunek i to, że zawsze możemy na siebie liczyć. Nie zamieniłabym mojego męża na lepszy ani młodszy model.

 

 

 

Pani życie wygląda na bardzo udane. Jaki jest tego sekret?

 

 

Czuję się bardzo dobrze. Moje życie jest pełne. U mnie nie ma nic na później, wszystko co sobie zaplanuję, realizuję od razu. Jestem też wielką optymistką, nie ma u mnie rzeczy niemożliwych. To co zaplanuję, drążę, staram się doprowadzić do skutku, nie odkładam na później: albo się zapisuję albo nie, a jeśli dochodzę do wniosku, że mi na czymś zależy, to tym bardziej.

 

 

 

Barbara prymakowska bieganieStąd ogrom wydarzeń w pani życiu i pewnie wiele wspomnieć. Co pani radzi: mieć czy być?

 

 

Szczęście to mało mieć, a dużo przeżywać. Zdarza się, że ktoś ma majątek, a roztrwoni to w jakiś głupi sposób i wcale nie zyskuje szczęścia. Ja i mój mąż jesteśmy nauczycielami, nigdy nie zarabialiśmy zbyt wiele, mieszkamy w bloku. Kiedyś myśleliśmy o budowie domu, ale doszliśmy do wniosku, że lepiej oglądać świat i z tego jestem zadowolona. Nikt nam nie zabierze tego, co przeżyliśmy. Wybrałam zawód taki jaki chciałam, nie dlatego że nie dostałabym się na inne studia, ale dlatego że od dziecka lubiłam ruch i do dziś sprawia mi on radość. Niczego bym nie zmieniła w moim życiu. 

 

 

 

Jest też pani bardzo piękną kobietą. Czy to tylko miłość czy też kosmetyki mają w tym jakiś udział? Jak tak doświadczona biegaczka dba o siebię?

 

 

Biegacze mają spory problem ze skórą, bo często wystawiają ją na działanie słońca i mrozu. Ja przede wszystkim noszę czapkę z daszkiem i okulary, by chronić oczy. Skórę smaruję naturalnymi produktami: olejem kokosowym, olejem z pestek dyni, olejem lniany. Jeśli jestem nad morzem, to się tym smaruję od włosów, po pięty. Skórę mam bardzo dobrą. Zawsze starałam się mieć dobre kosmetyki i używałam Vichy, ale teraz przechodzę na Ziaję, bo w moim wieku nic mi ani nie pomoże, ani nie zaszkodzi. Zawsze dbałam też o włosy – nie mam ani jednego siwego. Uważam to za ewenement. No i dbam o to, by się dobrze odżywiać, to ważne i dla kobiety, i dla sportowca. Dobrze czyli prosto, mądrze, nie jadam frykasów. W wieku 16 lat ważyłam 45 kilo, urodziłam dzieci i ważę tyle samo bez żadnych diet. Kieruję się tym, na co mam ochotę. Mój organizm sam daje znak, czego potrzebuje i to staram się mu serwować. Bazuję na dobrym mleku, dobrym serze, niepryskanych warzywach, jem codziennie orzechy, migdały, banany. Mięso jadam rzadko, częściej fasolę i ryby. Rano tradycyjnie pijemy w domu wodę z miodem i cytryną to nasz pierwszy posiłek. Na wygląd ma wpływ także aktywność fizyczna. 

 

 

 

Barbara prymakowska bieganieCo jeszcze daje uprawianie sportu?

 

 

Sport wiąże się z podróżami. Na każdym z dużych maratonów podpatrywałam kulturę. Oglądałam przy tym świat, bo nie wyjeżdżałam do Tokio czy Bostonu na jeden dzień, ale na kilka, aby coś zobaczyć i przeżyć, podpatrzeć jak tam się żyje. W czasie biegów obserwowałam jak się zachowują kobiety i mężczyźni przed startem i widziałam, że to dwa różne światy – widziałam u nich inne reakcje, także psychologiczne. Zdobyłam też mnóstwo nagród , wyróżnień, medali w różnych miejscach ziemi, i to jest coś dla czego warto biegać, choć przyznam, że mi nie sprawia to już tyle radości, co dawniej, a wiele nagród rozdałam dzieciom na podwórku. 

 

 

 

Mimo to wciąż bierze pani udział w rywalizacjach. Jaka nagroda panią cieszy?

 

 

Największa nagroda to wysłuchać Mazurka Dąbrowskiego, kiedy się stoi na podium. To jest zagrane na obcej ziemi, tylko dla ciebie. Ktoś mnie kiedyś zapytał, co dostałam za złoty medal we Włoszech i puściłam mu nagranie z dekoracji. To jest rzecz bezcenna, tego się nie kupuje, na to trzeba zasłużyć. Nawet jak z kanapy oglądam naszych sportowców, którzy zwyciężają, to mam ochotę wstać i śpiewać z nimi.  Śpiewać mój hymn w obcym kraju to największe wyróżnienia i ogromna duma. 

 

 

 

O czym pani marzy, co jeszcze przed panią?

 

 

Moim marzeniem jest wejść na Kazbek w Gruzji. Miałam plan, by zrobić to w tym roku, ale nie było takiej możliwości ze względu na pandemię, bo w Gruzji zanotowano dużo przypadków zachorowań. Jest to wprawdzie góra wyższa niż Mont Blanc, które niedawno zdobyłam, o prawie 500 metrów, ale za to znacznie prostsza
technicznie, więc myślę, że bym sobie poradziła.

 

 

 

Życzymy powodzenia i dziękujemy za rozmowę!

 

 

 

Dodaj komentarz